WSTĘPNE UWAGI:

 

  • W czasie rekolekcji proszę Państwa o zachowanie ciszy
  • modlitwa
  • wyłączenie się ze świata komórek, mediów (zadbanie o siebie, spacery)

 

A teraz zaczynamy.

 

KONFERENCJA 1

 

         Mam wam tyle do powiedzenia,że boję się zgubić. 

         Skąd taki pomysł, aby mówić o Mszy świętej? Jak byłem dzieckiem, zostałem ministrantem. Zaczynałem służyć mając 7 może lat, wiedziałem co kiedy i jak robić, co podać, kiedy zadzwonić… Ale nie rozumiałem po co to, ani na co to wszystko. I tak spokojnie i „pobożnie” żyłem wiele lat. Studia teologiczne trochę mi pomogły, ale tak naprawdę, to potrzebowałem jeszcze wielu lat, by wszystko zrozumieć. Jednym słowem, przez długi czas nie potrafiłem Mszy świętej przeżywać. I to jest pierwszy, zasadniczy powód tych rekolekcji… Bo żeby przeżyć, trzeba rozumieć, wiedzieć co się dzieje i dlaczego i po co, a nie tylko wiedzieć, co odpowiedzieć i czy się stoi czy siedzi. I to będę chciał pokazać podczas tych kilku konferencji. Wprowadzić was w tajemnice Eucharystii. I postaram się zrobić to bardzo konkretnie. Bez „wielkiej teologii”.

         Drugim powodem było odkrycie, że nie tylko ja nie rozumiem i mam kłopot w przeżywaniu Eucharystii. Od wielu ludzi słyszałem, że mają z tym trudności. Że nie rozumieją. To było zaskoczeniem dla mnie, bo myślałem, że tylko ja mam takie trudności…

         No i trzeci powód jest następujący:

       Pewien trzeźwo reagujący pan (z narażeniem życia) uratował tonącego chłopca, który szarżując na rowerze, nieszczęśliwie wpadł wraz z wehikułem do rwącej rzeki (a była to późna jesień!). Człowiek ten bez namysłu wskoczył do potoku, wyłowił chłopca i powtórnie zanurzył się, aby wyciągnąć i rower. Potem okrył chłopca swą ciepłą kurtką i odprowadził do domu.

Zadzwonił. W drzwiach stanęła potężna postać ojca. Ojciec wysłuchał, co się stało. Obejrzał dokładnie syna i zawołał z oburzeniem:

- A berecik, proszę pana, to gdzie?

To jest właśnie powód. Czy my dziękujemy? My wiemy, że Eucharystia - bo tak nazywali ja pierwsi chrześcijanie - oznacza dziękczynienie. Wiecie, że sprawowali ją w nocy z soboty na niedzielę. Często z narażeniem życia. Wyglądała nieco inaczej, ale różnice nie były wielkie.

         „Sami Apostołowie odprawiali Mszę św. w ramach tego, co widzieli przy ostatniej Wieczerzy. Za­zwyczaj łączono wtedy Mszę św. z tzw. ucztą miłości (po grecku „agape”). Pismo św. Nowego Testamentu (Dzieje Apostolskie i listy św. Pawła) często wspomina o takich zebraniach liturgicznych, gdzie była najpierw uczta wspólna, a potem modły, konsekracja, łamanie chleba. (Por. Dzieje Ap. 2, 46; 20, 7; 1 Kor. 10, 17; 11, 18 nn.). Ale wtedy jeszcze nie były złączone w jedno: tak zwana „Msza katechumenów” z właściwą Mszą Św., bo na czytanie Pisma i śpiewanie psalmów chodzili chrześcijanie np. w Jerozolimie do świątyni. Z połowy drugiego wieku mamy już trochę szczegółowszy opis Mszy świętej. Św. Justyn († około 165 r.) męczennik, w piśmie (apologia) przeciw poganom, opisuje (65 rozdz.) przebieg niedzielnej liturgii u pierw­szych chrześcijan. „W tym dniu, który się nazywa dniem słońca (tj. w niedzielę) odbywa się zebranie wszystkich, którzy mieszkają w mieście albo na wsi. Na tym zebraniu czyta się pamiętniki Apostołów (dziś nazywamy je „Ewangeliami”), albo pisma Proroków, potem przewodniczący (wtedy to był biskup) wygłasza naukę i wzywa do naśladowania tych wszystkich dobrych przykładów. Potem powstawano i wszyscy się modlili „za siebie i za wszystkich innych na całym świecie”… Po modlitwie pozdrawiano się świętym po­całunkiem pokoju. Biskupowi przynoszono chleb i kie­lich z wodą i winem, ten odmawiał długą modlitwę dziękczynną. Kiedy się to skończyło, zebrani wyrażali swą zgodę słowem „Amen”. Następnie była Komunia św., „diakoni wszystkim obecnym udzielali konsekrowanego chleba, wina i wody, i zanosili także nieobecnym” (ks. Michał Kordel, w: https://jednoczmysie.pl/dzieje-mszy-swietej, 13.01.2018).

         Ale zawsze było to wielkie dziękczynienie: za co? Otóż za zbawienie, za to, że Bóg zesłał Swego Syna, a ten za nas umarł. Dziękczynienie za wybranie, tj. za chrzest i dar bycia chrześcijaninem. Notabene na początku we Mszy mogli uczestniczyć tylko ochrzczeni. Żadni inni. Zobaczcie my to gdzieś zgubiliśmy. Nawet wstydzimy się przyznać do poglądów, do bycia chrześcijanami. Bo, co inni pomyślą, powiedzą…No i nie dziękujemy. Traktujemy Mszę jako swój obowiązek. Tymczasem to nie o to chodzi. Msza jest możliwością przyjścia i wspólnej modlitwy, wspólnego dziękczynienia… Podkreślam mocno słowo WSPÓLNE… Jak weźmiecie do ręki Nowy Testament, to obietnice związane z modlitwa dotyczą zawsze wspólnoty: „Gdzie dwóch lub trzech…”. Jeden raz Pan Jezus mówi o „izdebce”, ale tylko w kontekście faryzeuszy, którzy chwalili się pobożnością! Ale tam nie ma wielkich obietnic…

         Tak wiec teraz znacie przyczynę tych rekolekcji.

         Na pierwszej konferencji chciałbym powiedzieć o przygotowaniu do Eucharystii.

Przychodzimy gorliwie, co niedzielę do kościoła. Niektórzy nawet codziennie. Pragniemy się modlić, ale jakoś mamy trudności. Np. nie potrafimy się skupić. Dlaczego? Czy można te trudności ominąć? Poradzić sobie z nimi?

         Myślę, że choć w części tak. Dam kilka propozycji. Zacznijmy od przygotowania, powiedziałbym „z księżyca”. Od ubrania. Kiedy jeszcze byłem w domu, a wiec przed ukończeniem 20 roku życia, miałem jedno specjalne ubranie: najlepsze, najładniejsze, wyprasowane, zadbane… do kościoła. Jak się teraz zastanawiam, to nawet się nie dziwiłem temu. Jakoś czułem, że to coś poważnego. To ubranie „niedzielne” to nie zabawa. My się z tego śmiejemy, a z punktu psychologii człowieka, to nie jest wcale bezsensowne. Jak się temu dobrze przyjrzymy, to stwierdzimy - obiektywnie - że nie jest to wcale takie bezzasadne. Dlaczego? Dobrze, pięknie, godnie się ubrać na Mszę ma o wiele poważniejsze znaczenie niż tylko szacunek dla Boga. Kiedy idziemy na bal, na ślub, na jakieś ważne przyjecie, to ubieramy się. Tracimy godziny i fortuny na fryzjera (to tylko część z nas)… Kupujemy nowe, bardzo drogie kreacje. Tylko po to, aby ludzie nas podziwiali? Też, ale zobaczcie, że to strojenie się jest częścią przygotowania do uroczystości. My idziemy na tę uroczystość już inni… nie tylko przez ubranie, ale całe przygotowanie, niekiedy bardzo żmudne. To przygotowanie nas nastraja, zmienia. Na przyjęciu zachowujemy się inaczej niż w pracy. Nie myślimy o pracy, ale o tym co tam robimy. Chcemy jak najowocniej ten czas przeżyć i dobrze się bawić… Jak najowocniej przeżyć przyjęcie, bal… Jak najwięcej z tego wynieść radości i zadowolenia.

         Podobnie powinno być ze Mszą. Bo by nam pomogło. Nie chodzi mi tylko o elegancki, godny wizyty u samego Boga strój, ale o przygotowanie siebie: tzn. stroju, włosów, wyglądu. Istnieje taka prosta zasada, którą życie potwierdza, że tak jak mówimy, tak też postępujemy. Analogicznie, jak się ubieramy „na zewnątrz”, takimi też jesteśmy w środku. Podarte dżinsy, nic złego. A jak ktoś ma ładne kolana, to nawet może być. Ale w takich dżinsach mamy być na luzie, nieskupieni, nieuważni… Po to się tak ubieramy… I tak się w nich czujemy. Jeśli więc tak na luzie idziemy do kościoła, to nie ma co się dziwić, że nie skupimy się tam, bo nie pasujemy… Mam wrażenie, że nawet w pubach są ludzie lepiej ubrani niż w kościele. Jest taki pub na West Ealing „The Rose and Crone”, gdzie jest cicho, ładnie i ludzie ubrani lepiej niż w kościele… Warto spróbować.

Znalazłem kiedyś na drzwiach katedry w jednej nadmorskiej włoskiej miejscowości taki plakacik: „Proboszcz katedry wita serdecznie przybyłych turystów. Jednocześnie pragnie poinformować, że w świątyni nie ma możliwości skorzystania z kąpieliska, stąd też niekonieczne jest przekraczanie jej progów w stroju kąpielowym.”

Drugą sprawą jest nasze wnętrze. Zauważyłem, że niekiedy mi myśli uciekają, gdzieś do Zakopanego czy gdzieś, gdzie jest ciepło, pięknie, gdzie szumi morze. I jak kazanie jest za długie, to bez wątpienia mi szumi i odpływam…Wy oczywiście to nie macie z tym problemu, ale ja tak. I pojawia się pytanie czy można coś z tym zrobić? Myślę, że jest na to sposób, ale kosztuje.

Przede wszystkim trzeba przyjść z 10 minut wcześniej, usiąść i posiedzieć w ciszy. My ciszy bardzo potrzebujemy. Warto się zatem wyciszyć. Tylko pamiętajcie. Jeśli normalnie jesteście zagonieni, biegacie cały czas i wreszcie macie 50 minut spokoju, to wszystko: każdy kłopot, niezałatwiona sprawa, dosłownie wszystko będzie wam przychodziło do głowy. Nie walczcie z tym. Pozwólcie, aby to przepłynęło. To tak jakbyście stali na skraju przepaści i zacznie wiać silny wiatr. Jeśli rozłożycie ręce i będziecie go chcieli zatrzymać lub odepchnąć, to on was w przepaść zepchnie. Lepiej stanąć bokiem. Jest mniejsza powierzchnia. Powieje, ale nam nic złego się nie stanie. Wiatr po jakimś czasie się uspokoi. Podobnie i z naszymi myślami. One się uspokoją, ale potrzeba czasu. To każdy z nas potrzebuje sprawdzić ile czasu potrzebuje na uspokojenie. Czyli ile minut wcześniej przyjść, aby się wyciszyć.

         I ostatnia rzecz. Zanim rozpoczniemy uczestniczyć we Mszy św. warto powiedzieć Panu Bogu, że ja przyszedłem dla Niego. Że od znaku krzyża na początku aż do znaku krzyża na końcu, ten czas Jemu poświęcam. I kiedy mi te myśli uciekają, to wracam… I wówczas oddaję Panu Bogu więcej: bo i czas, modlitwę, dobą wolę ale i walkę o trwanie przy Nim. Następnie warto wzbudzić sobie intencję: uświadomić sobie o co będę chciał prosić. Za co dziękować. Aby ten mój udział miał sens i cel.

         A jutro już zaczniemy analizować Mszę.