Homilia

 

 

(Myśli dwóch osób, których darzę ogromnym szacunkiem: Anselma Grüna oraz ks. bp Edwarda Dajczaka)

 

            Pamiętacie zdarzenie (1 Krl 19, 1-13) opowiadające o ogromnej gorliwości Eliasza, kiedy zabił 500 kapłanów Baala? Zrobił to z miłości do Boga. W głębokim przekonaniu dobra. Początkowo wydawało się, że jest to wielki sukces, ale kiedy Izabel zaczęła go ścigać, załamał się. Położył się, aby umrzeć... Zawiódł siebie...

            Proszę zobaczyć, że bardzo często my podobnie jak on zaczynamy w ten sposób walczyć, uśmiercać w nas kapłanów Baala, chcemy wyplenić wszelkie wady i słabości. Wcześniej czy później zdajemy sobie sprawę, że nie potrafimy poradzić sobie z naszymi słabościami, że wcale nie jesteśmy lepsi od innych, że nurtują nas takie same potrzeby i życzenia, takie same zgubne skłonności i destruktywne marzenia, jak innych.

            Pamiętacie, co się wtedy stało z Eliaszem. Dotyka go, budzi go anioł, który daje chleb. Robi to dwa razy. Potem Eliasz idzie 40 dni przez pustynię aż wreszcie spotyka Boga na górze Horeb. I tu następuje drugi wstrząs. Wg Eliasza Bóg miał być potężny. Miał karać. Miał niszczyć ogniem i mieczem przeciwników...Miał... A tymczasem Bóg przychodzi do niego w powiewie.... Delikatnym powiewie...

            Dlaczego ten przykład? Otóż my często, bardzo często, znajdujemy się w podobnej sytuacji. W położeniu równie ciężkim jak to Eliasza. Kiedy coś nam się załamie, coś nie wyjdzie... Kładziemy się i śpimy. Tracimy szacunek dla nas samych. Po jakimś czasie, kiedy nic się nie dzieje, zaczynamy się łudzić, że kiedy wstaniemy, to nasza wola, nasze wysiłki nam pomogą. Zaczniemy sami od nowa. Ale ani nasze wysiłki, ani wola nie zmienia naszego położenia. Musimy zauważyć chleb, jaki podaje nam Bóg. Tym chlebem jest Eucharystia. Nie powinniśmy dowierzać własnym siłom, ale patrzeć na to, co daje nam Bóg. Co więcej, to samo odczuwamy w stosunku do innych. Oni zbłądzili, jak mogli? Przecież byli tacy pobożni. I nie pamiętamy o nas samych...

            Tymczasem trzeba wrócić do anioła i chleba. Nie ma innej możliwości ponad tę, na taką skalę i w taki sposób przeżyć, doświadczyć i być uczestnikiem miłości Boga jak Eucharystia. Wszystko jest ważne, istotne. Cały klimat modlitewny i cała postawa modlitewna są warunkiem tego, by Eucharystia była centrum. Bez niej jednak nie sposób zrozumieć, co to znaczy miłość Boga.

 

Wczoraj skończyłem na konieczności Eucharystii. Teraz dalej…

Niestety, bywa w naszym życiu tak, że pojawia się propozycja duchowości, która jawi się pozornie jako ewangeliczna, a chyba nie bardzo nią jest. Takie życie napięte ku doskonałości, taka nerwicowa duchowość, która każe być coraz doskonalszą, ona nie bardzo jest z Ewangelii. Jezus objawia nam prawdę bardzo istotną: nie trzeba być doskonałym, żeby spotkać Boga. A jest odwrotnie: to ci, co spotkali, dotknięci Jego miłością zaczynają być doskonali, nie z własnego powodu. Odkryć tę prawdę, to zaakceptować w sobie, w sposób poprawny, historię słabości. To zrozumieć, że jest się ukochanym niezależnie od tego, w którym miejscu tego wędrowania jesteśmy. To jest Dobra Nowina. Człowieku jesteś kochany zawsze, bez wyjątku, bez zastrzeżeń, bez zawieszania tej miłości.

I dlatego nie można być widzem na Eucharystii. Ofiara nie jest tylko czczą gadaniną na temat Eucharystii. Trzeba wejść z Jezusem w krzyż, w historię krzyża, odzierająca. Trzeba wejść w śmierć, w której jest tylko jedno: zaufanie Ojcu, w beznadziei. W śmierci nie ma nadziei. Nadzieja jest w Chrystusie. Wejść w śmierć, to wejść z Jezusem w dramat przegrania, odrzucenia, kiedy Jezusa odrzucili wszyscy. Tak jak czyni miłość. Stał się Eucharystią, rozdał się. Nic więcej już zrobić nie można. Gdybyśmy byli uczestnikami Eucharystii, gdybyśmy stawali się na sposób Jezusa eucharystycznymi, a mniej odprawiali, celebrowali, byli na mszy świętej, musiałby świat być inny.  Nie można tu przyjść, przyjąć Jezusa, i wyjść jakby się nic nie stało i żyć dla siebie, nie rozdawać się. To jakaś sprzeczność, to nieporozumienie. Eucharystia nie jest niczym dla nas. Nie jest indywidualnym darem za pobożność, za pacierze, za kolejną spowiedź: to nie jest Eucharystia. Jest darem, bezwarunkowym. Jest zaproszeniem w taką historię życia.

Każdy z nas ma swoją historię wiary. I człowiek nadal jest człowiekiem. Ze znamieniem pęknięcia grzechem i słabości, strasznym zranieniem. Ale doświadczywszy tej miłości, już nigdy nie chce poza nią żyć. Pozostaje nam niestety możliwość zdrady, pozostaje nam niestety możliwość zapierania się jak u Piotra: Nie znam Cię, nie wiem kim Jesteś. Odgrywania ról, do których nas Bóg nie wezwał. Ale ktoś, kto otarł się o miłość, będzie ciągle wracał.

Tylko ktoś, kto nie doświadczył tej miłości ucieka od Boga. To różnica zasadnicza. Ci, co dotknęli miłości uciekają już tylko do Niego. Już ich nie interesuje inne rozwiązanie. Już wiedzą, gdzie jest klucz do tego, by być człowiekiem. Już nie potrzebują bezbłędności, ni w swoich oczach, ni w innych. Tracą ciężar siebie, egoizm, zaczynają być lekkimi ludźmi. Zaczyna się czas służby ułomnej, grzesznej, z łzami, kolejnych upadków, potknięć, niewierności, dramatu, niedorastania do tej miłości. Ale już się od niej nie ucieka. Ktoś, kto ją przeżył już nie może milczeć. Może to robić ułomnie, może mu wszystko nie wychodzić. Będzie już wiedział, że jego życie jest po to, żeby innym o tej miłości mówić. Nieważne już są wtedy konsekwencje.

Jeżeli chcemy głosić Ewangelię, jeżeli chcemy, jeżeli chcemy, by ludzie się nią nie przestraszali i nie uciekali – siostry i bracia nasi – to najpierw trzeba iść z miłością jak Jezus. Brać wszystko na siebie.