Droga Krzyżowa

 

Nie potrafimy cierpienia docenić. Jest w nas takie przekonanie – jestem gotowy zrobić wszystko, byle tylko nie cierpieć. Jestem gotowy zrobić wszystko, byle tylko nie zmieniać mojego życia. A jeżeli już muszę coś zmieniać, to tylko trochę, tak po wierzchu. Zobaczcie jaki to jest sprytny zabieg z tym cierpieniem, bo jeżeli zaczynamy rzeczowo i sensownie o cierpieniu myśleć, to dochodzimy do fałszywego obrazu Pana Boga. Jezus nie wyrządził nikomu żadnej krzywdy, nikomu nie zrobił niczego złego, żył miłością. Czego zażądał od Niego Ojciec? Haniebnej śmierci, wśród najstraszniejszej męki, po to, by spłacił dług za nasz grzech. Jeżelibyśmy wyobrazili sobie Boga, który nas karze za grzechy – powiedzielibyśmy, że jest sprawiedliwy. Ale jeżeli myślimy o Bogu, który odpowiedzialność za nasze grzechy przerzuca na swojego Syna i wydaje Go na haniebną śmierć, to trzeba powiedzieć: okrutny! To jest nieludzkie, tak nie wolno postępować. Pierwsze, co jest bardzo trudne do przełknięcia: niektórzy twierdzą, że Jezus przyszedł na ziemię p to, żeby umrzeć. Nie zupełnie. Bo gdyby Jezus przyszedł na ziemię, po to , żeby umrzeć, to by umarł podczas rzezi niewiniątek. Jezus przyszedł zupełnie po coś innego. Przyszedł przede wszystkim, żeby nam powiedzieć o Bogu, który nas kocha, który nie mieści się w tych naszych wyobrażeniach okrutnika, tyrana, sędziego, który jest tylko sprawiedliwy i dotyka nas cierpieniem za najmniejsze nasze przewinienia. Jezus przyszedł nam powiedzieć, że Bóg nas kocha. Zobaczcie, taka sytuacja: szatan był przekonany, że świat jest w jego mocy, mocy zła. Kiedy Jezus pojawił się na pustyni, na początku swojej publicznej działalności, kto Go zaatakował? Diabeł. Przyszedł do Chrystusa z trzema pokusami. Tak się dzieje. Kiedy wrócicie do swoich domów, do swoich środowisk i zaczniecie opowiadać o tym, co tutaj przeżyliście, o miłości Pana Boga, zaraz dostaniecie kontre szatana. Jeżeli próbujemy żyć miłością, jeżeli próbujemy otwierać swoje serce i mówić o Bogu, to zaraz dostaniemy kontre. Cierpienie to nie jest kara za grzechy. Bóg nie jest tyranem. Cierpienie to jest konsekwencja tego, że się głosi miłość. Jeżeli jesteś dobry, jeżeli żyjesz miłością, jeżeli tę miłość głosisz, to dostajesz kontre od szatana w postaci cierpienia. Cierpienie, które nas spotyka jest jedyną rzeczą, której od Boga nie dostajemy, a którą możemy Mu ofiarować. Bóg je tylko toleruje jako konsekwencję tego wszystkiego, co dzieje się na świecie. Jezus przyszedł na ziemię, żeby Panu Bogu powiedzieć, że my, jako ludzie, wybieramy Ciebie, Ojcze, a nie szatana. I diabeł tego nie mógł znieść, musiał Chrystusa zmiażdżyć cierpieniem. Ludzie, nawet bardzo pobożni, mówią: Bóg chce naszego cierpienia; to jest kara Boska, a nagrodę dostaniesz w Niebie. Czasem też mówi się: Bóg cię musi bardzo kochać, że tak strasznie cierpisz. Jest to ogromna tajemnica.

Wyobraźmy sobie taką sytuację, że ktoś z naszych rodziców, bliskich, perwersyjnie zadaje nam cierpienie i mówi – kiedyś będzie lepiej, kiedyś się poprawię. Co to jest za miłość? To żadna miłość. Zobaczcie, jak my często mylimy te porządki, zupełnie nie wiemy, co jest dobre, co jest złe. Czasami mówimy, że Bóg zsyła na nas cierpienie, żeby jakieś dobro z tego wypłynęło. Kochani, w Ewangelii nigdzie nie ma takiej sytuacji, w której Jezus dał komuś cierpienie. Jezus uzdrawiał, Jezus zabierał ludziom cierpienie. Jezus nikogo cierpieniem nie dotknął! Przypisywanie Panu Bogu odpowiedzialności za cierpienie to jest błąd – błąd straszny! To jest odwrócenie porządku. Diabeł posługuje się dialektyką kłamstwa, żeby Boga obciążyć odpowiedzialnością za wszelki zło, które dzieje się w świecie. I również za cierpienie. Zwróćcie uwagę, nigdzie w Piśmie Świętym nie jest napisane, że nasze życie będzie łatwe. Nigdzie nie jest napisane, że my nie będziemy cierpieć. Nigdzie również nie jest napisane, że świat, w którym my żyjemy, jest bezpieczny. Kiedy Bóg stworzył świat, powiedział o nim, że jest dobry, ale nie, że jest bezpieczny. Świat został zepsuty przez człowieka. Przez grzech. Świat, który nas dotyka cierpieniem, to jest świat zdefektowany, to nie jest świat, chciany przez Pana Boga. My mamy po to rozum, żeby tych niebezpieczeństw unikać. Żeby w tym świecie funkcjonować.

Kochani, jesteśmy przed Drogą Krzyżową, za chwilę będziemy rozważali tajemnicę Męki, Śmierci Pana, naszego Zbawiciela. Posłuchajcie paru krótkich wypowiedzi św. Jana o cierpieniu Pana Jezusa.

 

Cierpienie jest, czy nam się to podoba, czy nie. Jedni cierpią na duchowy trąd, inny . Obaj ponieśli tę samą karę, jednak jeden umiał uczynić ze swojego cierpienia zasługę – przyjął je w duchu pokuty. Zwrócił się do Jezusa i usłyszał z Jego ust słowa pocieszenia: dziś ze Mną będziesz w Raju. Drugi przeciwnie, wył, złorzeczył, bluźnił, po czym skonał w najstraszliwszej rozpaczy.

Są dwa rodzaje cierpienia: z miłością i bez miłości.

Krzyż jest drabiną do Nieba. Jakież to pocieszające, że można cierpieć pod okiem Boga i wieczorem podczas rachunku sumienia można powiedzieć, że przez dwie lub trzy godziny byłem dziś podobny do mego Mistrza. Ubiczowany, ukoronowany cierniem, wespół z Nim ukrzyżowany. Jakiż to będzie wielki skarb w godzinę naszej śmierci. Jak słodko jest umierać, kiedy żyło się na krzyżu!

 

Zapraszam Was, abyśmy razem z Jezusem ruszyli drogą krzyżową. Niezmiernie często naszym ideałem jest stabilizacja, poczucie bezpieczeństwa, to, że jesteśmy w określonym miejscu, w określonej sytuacji, że nic się w nas nie zmienia. Chrystus zaprasza nas teraz na tę drogę. Byśmy poszli razem z Nim.

 

Któryś za nas cierpiał rany,

Jezu Chryste zmiłuj się nad nami.

 

Stacja pierwsza: Pan Jezus na śmierć skazany.

Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie –

Żeś przez krzyż i Mękę swoją świat odkupić raczył.

 

Ciągle żyjemy w świecie, w którym prawda jest bardzo deficytowym towarem. Ciągle dotykamy problemu poszukiwania prawdy o sobie. Dzisiaj stajemy przed Chrystusem i chcemy Go prosić, aby nasze spotkanie z Jego krzyżem, z tajemnicą Jego cierpienia, pomogło nam w odkryciu prawdy o nas. Chcemy, rozważając cierpienia naszego Zbawiciela, myśląc o sakramencie pokuty, prośmy, by Chrystus pomógł nam widzieć siebie w odbiciu Jego Prawdy. Chcemy prosić, by Pan Bóg ciągle mówił nam kim jesteśmy, żeby nadawał nam tożsamość. Tożsamość grzeszników, ludzi słabych, ale odkupionych. Prośmy naszego Mistrza, osądzonego niesprawiedliwie, skazanego na karę śmierci, by nam zawsze pomagał w trudach prawdy, byśmy nie dystansowali się od poszukiwania prawdy, byśmy nie uciekali od odwiecznego pytania: cóż to jest prawda? Ale tej prawdy o sobie zawsze poszukiwali. Nie tylko w sobie, ale przede wszystkim w Bogu.

Któryś za nas cierpiał rany,

Jezu Chryste zmiłuj się nad nami.

I Ty, któraś współcierpiała,

Matko Bolesna przyczyń się za nami.

 

Stacja druga: Pan Jezus bierze krzyż na ramiona.

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

 

Jesteśmy gotowi dla Pana Boga zrobić wszystko, ale w gruncie rzeczy jesteśmy dla Niego gotowi zrobić prawie wszystko. I z tego „prawie” zawsze wyrasta krzyż. Krzyż tego, co ja myślę o sobie, jak widzę siebie i tego, co o mnie myśli Bóg. Jak Bóg widzi mnie. To jeden z najtrudniejszych krzyży, który trzeba przyjąć na swoje ramiona. Co bym chciał, aby było, prócz tego, co jest, jaki jestem. W całej pełni zaufania przyjąć ten krzyż, który dla nas jest zbudowany. To mój własny, osobisty krzyż, który ma mnie prowadzić przez bramy cierpienia do zbawienia – jest tym krzyżem, który jest koniecznie dla mnie potrzebny. A biorąc ten krzyż chcę przypomnieć sobie jedną ważną rzecz – że Pana Boga nigdy nie wolno pytać o to, JAK ja tam dojdę, JAK się to stanie? Odpowiedź na pytanie JAK? jest zarezerwowana tylko dla mnie.

Któryś za nas cierpiał rany…

I Ty, któraś współcierpiała…

 

Stacja trzecia: Pan Jezus po raz pierwszy upada pod krzyżem.

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

 

To, co przypuszczaliśmy, to, co mówili inni, to, co było postulatem zdrowego rozsądku, bardzo często wcześniej czy później okazuje się faktem. Ten ciężar jest rzeczywiście nie do uniesienia. Jesteśmy bardzo wtłoczeni w nasze winy, grzechy, słabości; bardzo często bywa tak, że nie potrafimy udźwignąć krzyża naszych codziennych obowiązków. To wszystko, co nas dotyczy, co stanowi o świecie, w którym żyjemy, staje się naprawdę nie do udźwignięcia. I przychodzi ten pierwszy upadek, przychodzi ta pierwsza chwila, kiedy okazuje się, że ja naprawdę nie dam rady, że to zbyt ciężkie, że to zbyt trudne. Prosimy Cię, Panie, powstający po pierwszym upadku, daj nam tę silną wiarę, że z Twoją pomocą możemy zrobić wszystko i pomóż nam powstać.

Któryś za nas cierpiał rany…

I Ty, któraś współcierpiała…

 

Stacja czwarta: Pan Jezus spotyka swoją Matkę.

Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste…

 

Tajemnica cierpienia bardzo często splata się z tajemnicą obecności. Pewnie nie powiedzieli do siebie ani jednego słowa. Może ich oczy się spotkały. Obydwoje wiedzieli to jedno, że są. Przypominamy sobie słowa, które kiedyś Bóg powiedział do Mojżesza, słowa, które podczas dzisiejszej Eucharystii będziemy chcieli, aby do nas szczególnie mocno przemówiły: Ja będę z Tobą. Pragniemy podziękować w tej stacji za tych wszystkich ludzi, którzy przy nas w życiu są, którzy sprawiają, że nie jesteśmy samotni na drodze zmagania się z krzyżem, grzechem, ze słabością. Dziękujemy za tych wszystkich, którzy nam dodają otuchy, którzy nas umacniają w dźwiganiu krzyża – tego jednego, niewidzialnego, który dzięki nim okazuje się lżejszy.

Zdrowaś Maryjo, łaski pełna…

Któryś za nas cierpiał rany…

I Ty, któraś współcierpiała…

 

Stacja piąta: Szymon Cyrenejczyk pomaga nieść krzyż Panu Jezusowi.

Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste…

 

Szymon Cyrenejczyk pomaga nieść krzyż Panu Jezusowi. Ale w pewnym sensie ten Jezusowy krzyż przez postawę Szymona, niechętnego, niechcącego pomagać, stał się jeszcze cięższy. Bardzo dobrze wiemy jak smakuje taka niechęć. Bardzo dobrze wiemy, jak to smakuje, kiedy pomoc doświadczana przez nas od drugiego człowieka jest taka wymuszana. Jezus taką pomoc też przyjął. Chcemy w tej stacji powiedzieć Panu Jezusowi, że my pragniemy nieść ten krzyż. Że pragniemy Mu pomagać w tym sensie, że bierzemy go na swoje ramiona i wiemy, że to jest nasz krzyż. My nie chcemy mieć w sercu tego, co miał Szymon – to jest jego sprawa, to są jego problemy, to jest konsekwencja jego decyzji. Chcemy żyć w takiej świadomości, ze ten krzyż, jakkolwiek go nazwiemy, nam się należy. Że w gruncie rzeczy to nie my pomagamy nieść krzyż Jezusowi, ale to On niesie krzyż za nas. I chcemy zawsze w tej sprawie być blisko Jezusa. I przyczyniać się na wszystkie możliwe sposoby do naszego zbawienia.

Któryś za nas cierpiał rany…

I Ty, któraś współcierpiała…

 

Stacja szósta: św. Weronika ociera twarz Panu Jezusowi.

Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste…

 

Co takiego zrobiła Weronika? Otarła twarz Pana Jezusa – zakrwawioną, spoconą. Jezus w nagrodę, jak mówi tradycja, na kawałku płótna odcisnął swoje Oblicze. Ale ten gest Weroniki właściwie nie miał ciężaru sprawy Pana Jezusa. Bo Jego twarz za chwilę była taka sama – zakrwawiona, spocona, brudna. Ale ten gest, taki niepozorny, taki mały, taki drobiazg z tej krzyżowej drogi, był dla Pana Jezusa bardzo ważny, skoro chciał go uwiecznić tym swoim odbiciem na płótnie. Jezus chce nas utrzymać w przekonaniu jak ważne są takie potrzeby serca. Jak bardzo ważna jest taka odwaga, która potrafi przeciwstawić się tłumowi. W czasie całej krzyżowej drogi Jezus tak bardzo był samotny. Krótkie spotkanie z Matką i teraz drobny gest Weroniki. Oprócz tego morza nienawiści – powiew godności. Jeśli wszyscy mówią, że jesteś zły, a ktoś życzliwie na ciebie spojrzy, to wielka łaska, wielka ulga. Prośmy Chrystusa, by pomagał nam doceniać w naszym życiu wagę drobiazgów.

Zdrowaś Maryjo, łaski pełna…

Któryś za nas cierpiał rany…

I Ty, któraś współcierpiała…

 

Stacja siódma: Pan Jezus drugi raz upada pod krzyżem.

Kłaniamy Ci się Jezu Chryste…

 

Pierwszy upadek to próba sił – można było powiedzieć, że to taka przypadkowa zupełnie sytuacja. Kto mógł przewidzieć, że się przewrócę? Ale kiedy przychodzi kolejny upadek, ten drugi, to pojawia się pewna pokusa, że może już nie warto powstawać? Powstać tylko po to, żeby znowu się przewrócić? Logika Pana Boga jest dokładnie odwrotna: nie ważne ile razy upadliśmy, ważne ile razy powstaliśmy. Jeżeli bilans naszych upadków będzie równy ilości naszych powstań to możemy być wielkimi świętymi. Świętość nie polega na perfekcyjnym bezgrzesznym życiu. Świętość polega na mozolnym powstawaniu wtedy, kiedy upadniemy. Świętość polega na tym, że wiemy, do Kogo mamy pójść z naszym problemem, z naszą słabością, w Kim położyć swoje zaufanie. Dziś w czasie Eucharystii usłyszymy refren Psalmu: Okaż swą łaskę ufającym Tobie. Powstajemy tylko mocą Pana Boga. Obyśmy tej ufności nie stracili.

Któryś za nas cierpiał rany…

I Ty, któraś współcierpiała…

 

Stacja ósma: Pan Jezus pociesza płaczące niewiasty.

Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste…

 

Bardzo przedziwna jest ta stacja Drogi Krzyżowej, bo niewiasty przyszły pocieszyć Pana Jezusa swoimi łzami, swoją obecnością. Pewnie były tak bardzo bezradne, że tylko tyle mogły zrobić. A Jezus je pocieszył. Chociaż pocieszył w taki niesamowicie mądry sposób. My bardzo często kiedy widzimy kogoś płaczącego nad swoimi słabościami, grzechami, to mówimy: nie przejmuj się, nic się nie stało. Jezus mówi inaczej: stało się; i to stało się bardzo źle, bo jeżeli z zielonym drzewem to czynią, cóż się stanie z suchym? I poucza te kobiety: nie płaczcie nade Mną, płaczcie nad sobą i grzechami waszymi. Jezus zachęca całą naszą uczuciowość, nie tylko damską, ale i męską, żebyśmy zawsze sięgali w głąb, do korzenia zła, żebyśmy tak łatwo się nie rozgrzeszali i nie mówili: to drobiazg, to niewiele warte, wszyscy tak robią. Żebyśmy nigdy nie pozwalali sobie, żeby zło w nas pozostawało. Jeżeli będziemy sięgali głęboko do przyczyn, wtedy grzechy nasze będą znikały, wtedy żal nasz będzie szczery, głęboki, prawdziwy i będzie przynosił błogosławione owoce.

Zdrowaś Maryjo, łaski pełna…

Któryś za nas cierpiał rany…

I Ty, któraś współcierpiała…

 

Stacja dziewiąta: Pan Jezus po raz trzeci upada pod krzyżem.

Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste…

 

Bardzo często w naszej duchowej wędrówce za Zbawiciele Drogą Krzyżową pojawia się takie zdanie: to nie ma sensu. I te moje upadki, i te moje powstania, i te moje spowiedzi, i świadomość, że jestem grzesznikiem. To po prostu nie ma sensu, nie warto. A Jezusowe powstanie po trzecim upadku to było chyba najbardziej bezsensowne działanie jakie tylko możemy sobie wyobrazić. Bo gdyby Jezus został na drodze, to tam by skonał i nie przybito by Go do krzyża. Jezus, który podniósł się z ostatniego upadku, to wstał tylko po to, żeby Go przybito do krzyża, czyli żeby Jego cierpienie stało się jeszcze większe. Nie miał siły iść, nie miał siły się dźwignąć, a powstał, żeby być poddanym jeszcze straszniejszym cierpieniom. Żeby ta cała potęga zła została pokonana właśnie w ten sposób. Żeby wszystkie ciosy, które można sobie wyobrazić uderzyły w Niego, ażeby z tego właśnie uczynił narzędzie naszego zbawienia. Prośmy naszego Pana o to, ażeby nam zawsze przypominał w takich najstraszniejszych, najcięższych upadkach, że zawsze jest nadzieja; żeby nam przypominał, że także z tego ostatniego upadku trzeba koniecznie powstać. Żeby bilans upadków był równy naszym powstaniom.

Ojcze nasz, któryś jest w Niebie…

Któryś za nas cierpiał rany…

I Ty któraś współcierpiała…

 

Stacja dziesiąta: Pan Jezus z szat obnażony.

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

 

Jezus zostaje pozbawiony wszystkiego, co posiada. Wydał siebie podczas ostatniej Wieczerzy, za chwilę zostanie przybity do krzyża jak Baranek Paschalny, zabierają Mu nawet szaty. Zostanie zawstydzony, wyszydzony w swojej nagości. Niektórzy twierdzą, że Jezus był tak bardzo czysty, że to obnażenie z szat nie przysporzyło jakiegoś wielkiego cierpienia. Ale na pewno było dla Niego bardzo przykre. Jezus zostaje nam pokazany w takiej nagiej prawdzie o sobie. Zostaje pokazany w takiej postaci po to, aby nikt nie miał wątpliwości, jak bardzo wielka jest miłość Boga do nas, jak bardzo wielkie jest Miłosierdzie Pana Boga nad grzesznikami. W tej stacji chcemy myśleć nad grzechami, które nas szczególnie zawstydzają, o tych grzechach, które poniżają nas szczególnie mocno – i chcemy obnażonemu Jezusowi powiedzieć: takie jest moje serce przed Tobą. Nie mam przed Tobą żadnych tajemnic, żadnej zasłony i proszę, Panie, abyś mnie przenikał swoją łaską, żebyś dotknął tych wszystkich miejsc, które zwykle ukrywam przed innymi, nawet przed sobą, i proszę, abyś mnie wewnętrznie uzdrowił.

Zdrowaś Maryjo, łaski pełna…

Któryś za nas cierpiał rany…

I Ty, któraś współcierpiała…

 

Stacja jedenasta: Pan Jezus do krzyża przybity.

Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste…

 

Zupełnie co innego jest nieść krzyż, trzymać go w swych ramionach, a zupełnie co innego pozwolić się do niego przybić. A więc absolutnie stracić swoją wolność i z tym krzyżem ostatecznie i do końca się utożsamić. Nasz Zbawiciel pokazuje, że są pewne sytuacje w życiu człowieka, w których nie ma innej możliwości. Są takie sytuacje w życiu człowieka, w których jesteśmy scaleni z pewną rzeczywistością. Z rzeczywistością naszych słabości, naszego grzechu. Są sytuacje, od których nigdy nie uciekniemy. Jeżeli zgodzimy się na to i powierzymy całą sytuację Panu Bogu, to nawet będąc przytwierdzonymi do krzyża, możemy być wolnymi. Na tym krzyżu, z którym jesteśmy scaleni, w naszym sercu może być wiele miłości.

Któryś za nas cierpiał rany…

I Ty, któraś współcierpiała…

 

Stacja dwunasta: Pan Jezus umiera na krzyżu.

Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste…

 

Na krzyżu dokonała się rzecz niezwykła, rzecz, której nigdy nie ogarniemy naszym intelektem, naszym sercem, naszą wiarą. Bo nieśmiertelny Bóg, Ten, który jest Panem życia, jest źródłem życia wiecznego, skonał na krzyżu w ludzkim ciele. Złożył najdoskonalszą Ofiarę swojemu Ojcu Niebieskiemu – taką, która otwiera nam drogę do Nieba. Brama została na nowo otwarta. Uwielbiamy Miłość Chrystusa do nas. Uwielbiajmy tę wielką determinację, wielkie poświęcenie, że możemy być z Bogiem na zawsze.

Chwała Ojcu i Synowi i Duchowi Świętemu…

Któryś za nas cierpiał rany…

I Ty, któraś współcierpiała…

 

Stacja trzynasta: Pan Jezus zdjęty z krzyża.

Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste…

 

Podczas całej krzyżowej drogi naszego Zbawiciela  nie było tłumu. Były tłumy, ale przeciwne – tłumy, które bluźniły, które Jezusowi ubliżały, które dodawały Mu cierpienia. Nie było właściwie ludzi, którzy byliby po Jego stronie. Tym bardziej teraz pod krzyżem pozostali tylko najwierniejsi – pozostała Matka, Ta, która Jezusowi dała ciało, która Jezusa dała całemu światu. Prawdziwa miłość niczego w zamian się nie spodziewa. Czasem bywa w naszym życiu tak, że Bóg milczy, że Bóg się nie odzywa, wydaje nam się, że o nas zapomniał, że nas nie ratuje. Nawet w takich sytuacjach chcemy przyjąć Boga do naszego serca. Chcemy powiedzieć, że TAK, wybieramy Jego, nawet takiego tajemniczego, takiego milczącego, takiego, który tak na pozór tak niewiele może. Chcemy być wierni aż do końca.

 

Któryś za nas cierpiał rany…

I Ty, któraś współcierpiała…

 

Stacja czternasta: Pan Jezus złożony do grobu.

Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste…

 

Te rekolekcje, które przeżywamy, wszystkie nasze konferencje prowadzą właściwie do tej stacji. Mamy umierać dla tego świata, mamy umierać dla jego spraw, mamy się zgodzić na to, abyśmy zostali złożeni do grobu. Bo tylko wtedy przechodząc przez bramę cierpienia, przechodząc przez bramę zaufania do Niego, możemy osiągnąć życie wieczne. Kiedy uczniowie usłyszeli dobrą nowinę o tym, że Jezus żyje, można powiedzieć, że byli nie tylko zdziwieni, ale byli przerażeni – przerażeni tym, że jeżeli chcą iść dalej za Jezusem do życia wiecznego, to muszą przejść przez te same bramy – bramę cierpienia i bramę śmierci. Bo ziarno tylko wtedy może wydać plony, kiedy samo obumrze. Panu Bogu nie wolno zadawać pytania: JAK?, nie wolno Go pytać: W JAKI SPOSÓB to się stanie? To wie tylko Bóg. Trzeba Mu zaufać i powierzyć wszystkie swoje sprawy. Także swoje słabości, także swoje grzechy.

 

Któryś za nas cierpiał rany…

I Ty, któraś współcierpiała…

 

Panie Jezu Chryste, nasz Zbawicielu, dziękujemy Ci za to, że przeprowadziłeś nas po swojej drodze. Dziękujemy Ci, że dałeś nam łaskę rozważania tajemnic Twojej bolesnej Męki, Śmierci, ale także Twojego Zmartwychwstania. Uwielbiamy Cię za Twoją miłość, uwielbiamy Cię za to, że nas nigdy nie opuszczasz i zawsze jesteś z nami, także wtedy, kiedy cierpimy, kiedy droga krzyżowa prowadzi nas po bardzo trudnych stacjach. Kiedy nasze życie staje się rzeczywiście wielkim cierpieniem. Dziękujemy za to, że jesteś wtedy z nami.

 

O zbawcza Hostio godna czci…

 

Nawiedzaj Mnie, synu, często, utajonego w Najświętszym Sakramencie. Nie jest rzeczą konieczną, abyś długo klęczał przede Mną, wystarczy, że Mnie miłujesz. Mów do Mnie z taką prostotą i miłością, z jaką rozmawiałbyś z ukochanym przyjacielem. Może chciałbyś kogoś ze znajomych powierzyć Mojemu Sercu. Jakie są imiona twoich znajomych, rodziców, rodzeństwa, wszystkich, których pragnął byś Mi polecić? Przy każdym imieniu dodaj to, co chcesz, ażebym im uczynił – proś o wiele, bardzo wiele, bo Ja jestem Bogiem Wszechmogącym i Miłosiernym, i bardzo wiele łask mogę im wyświadczyć. Wylicz chorych, którym chciałbyś ulżyć w cierpieniu; wylicz grzeszników, których chciałbyś ujrzeć nawróconymi; wylicz niechętne ci osoby, które pragnąłbyś sobie pozyskać; módl się za wszystkich, obiecałem ci przecież przyjąć wszelką twą modlitwę zanoszoną w Imię Moje. Czy nie potrzebujesz jakiejś łaski ode Mnie? Przypomnij sobie potrzeby Twojej duszy i stawiaj się tutaj przede Mną, powiedz Mi, czego ci potrzeba. Moje dziecko, zaufaj Mi we wszystkim, Ja jestem Panem serc i prowadzę je bezpiecznie dokąd zechcę. Bądź spokojny. Postawisz przy swoim boku tych, którzy są ci potrzebni. Poślę do ciebie także Moich kapłanów – dziękuj za nich i wspieraj ich swoją modlitwą. Może masz wrogów, nieprzyjaciół – moje dziecko, powiedz Mi szczegółowo o swoim utrapieniu – kto zranił boleśnie twe serce, kto tobą pogardza, kto wyrządził ci krzywdę. Powiedz mi wszystko, a na pewno przebaczysz tym, którzy cię obrazili, a Ja ci za to pobłogosławię. Boisz się jakiegoś nieszczęścia, masz jakiś niepokój, który dręczy twoją duszę? Powierz się całkowicie Mojej Opatrzności – Ja jestem przy tobie, widzę wszystko i nie opuszczę cię nigdy. Czy postanowiłeś unikać okazji do grzechu? Te osoby, które cię zraniły – gotowy jesteś im przebaczyć? Czy potrafisz otworzyć dla innych całe swoje serce?

Dał ci wszystko, dlaczego więc, nie miałbyś okazać Jezusowi swej wdzięczności i powiedzieć z głębi serca: niech Ci będą dzięki za to wszystko, mój Jezu ukochany, utajony w Najświętszym Sakramencie.

 

Jest kochani czasami tak jak ruszamy w drogę i jest przed nami pewien odcinek drogi, że dostajemy takie ostatnie wskazanie. Zazwyczaj tak jest na rekolekcjach, kiedy przygotowują nas do sakramentu pokuty, że to spotkanie z Panem Bogiem Miłosiernym właśnie w tym sakramencie jest takim bardzo ważnym, przełomowym momentem – chciałbym na tą ostatnią chwilę taką refleksję podjąć z wami, bardzo krótką. Zobaczcie w jaki sposób my określamy naszą relację z Panem Bogiem. Gdy pytamy kogoś, czy jest wierzący, ewentualnie jakie jest jego życie – to życie wiary, to odpowiada: przestrzegam przykazań. Pytamy dalej: no, dobrze, ale to nie wszystko. Odpowiedź: do kościoła też chodzę. Pytamy dalej: ale co jeszcze mógłbyś powiedzieć. I zaczyna się pewien problem. Niewiele ludzie mają do powiedzenia na pytanie: Kim jest dla ciebie Pan Bóg? Pamiętacie przypominałem Wam dziś rano zdanie wypowiedziane przez Pana Jezusa do Siostry Faustyny: jeżeli będziesz czekać, żeby Mi powiedzieć, że Mnie kochasz, aż będziesz bez grzechu, to nigdy Mi tego nie powiesz. Zobaczcie, kochani, że ta miara przykazań, ta miara pewnych powinności, które my czynimy ze względu na Pana Boga, to nie może być jedyna miara naszych relacji z Nim. Jesteśmy dorośli wszyscy. Każdy ma swoje środowiska, jakichś bliskich ludzi. Gdyby tak mąż przychodził do domu i pierwszego rzucał żonie plik banknotów i mówił: kocham cię, masz; no to nie wiem, czy by jej to smakowało. Gdyby ktoś z ludzi, od których oczekujemy, że będą nam bardzo bliscy, sprawę spotkania z nami traktował według zegarka: mam dla ciebie 15 minut i to musi ci wystarczyć na jakiś tam długi czas, to pewnie byłoby to odebrane jako bolesne. Przykazania są potrzebne, normy, do których próbujemy się dostosować również, ale one nie określają relacji do Pana Boga. Zobaczcie, jak często w naszym życiu się zdarza, że my z Panem Bogiem tak próbujemy handlować. I uważamy, że jeżeli przestrzegam przykazań, że jeżeli chodzę do kościoła, że jeżeli staram się uczciwie postępować, to Bóg MUSI mi coś dać w zamian. Relacja handlowa to jest żadna relacja. Jeżeli płacę pieniądze i dostaję za to towar to jest handel. Tam nie ma miłości, tam nie ma głębi. Bardzo często jest tak, jak w Ewangelii w domu Marty i Marii – my gościmy Pana Jezusa i nie mamy dla Niego kompletnie czasu. Mówimy: Jezu, przyjdź do mojego domu, rozgość się, tylko, że ja będę ciągle zajęty czymś innym. I pamiętacie: Jezus powiedział wtedy: Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało, albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, bo usiadła u Moich nóg i słucha tego, co mam jej do powiedzenia. My ciągle mamy takie przekonanie, że jesteśmy kochani przez Pana Boga za coś. Że jeżeli ja będę dobry, układny, pobożny, będę przestrzegał przykazań, to Bóg będzie mnie kochał. A jeżeli tak nie będzie w moim życiu, to Bóg się mnie wyprze i wzgardzi mną.

Bóg mnie kocha za nic. Jestem kochany przez Pana Boga taką miłością, że ja jej nie potrafię pojąć. I to „za nic” jest dla nas tak niepojęte, że my się w tym gubimy. Pan Bóg chce, żebyśmy byli z Nim w RELACJI. Pan Bóg chce, żebyśmy Go pragnęli, żebyśmy za Nim tęsknili. Pan Bóg chce mieć z nami romans, tak jak się nam czasem w młodości zdarza, taki szalony, taki bez pamięci, taki, że jesteśmy gotowi rzucić wszystko, byle tylko być blisko Niego.

I zobaczcie, kochani, kiedy za chwilę będziemy przystępowali do sakramentu pokuty, to nie będzie tylko rozliczenie z tego co myśmy zrobili złego. W sakramencie pokuty najważniejsza jest miłość, którą my pragniemy wykrzesać z naszych serc.

Pamiętacie przypowieść o synu marnotrawnym. Kiedy on sobie układa powrót do ojca, to ma tam swój taki plan, że powie: ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie; już nie jestem godzien nazywać się twoim synem (to wszystko prawda); uczyń mnie jednym ze swoich najemników. I kiedy on wraca, ojciec wychodzi mu naprzeciw (tego nie przewidział na pewno – to jest facet, który roztrwonił połowę ojca majątku), a ojciec otwiera ramiona, a syn mówi swoją regułkę i ojciec odpowiada: wystarczy! Ani słowa więcej. Bóg nigdy nie chce, abyśmy się upokorzyli przed Nim bardziej, niż to jest potrzebne. Ojciec mówi: Ja cię kocham, dziecko, rozumiesz? Żadne twoje grzechy, żaden majątek, który przetraciłeś, to wszystko nic nie znaczy – Ja cię kocham, bo jesteś ze Mną w RELACJI. On chciał wyznać swój grzech, ale ojciec wziął go w ramiona i wszystko było jasne, te dwa serca powiedziały sobie wszystko w wielkiej tajemnicy.

My często z sakramentem pokuty mamy taki problem z otwarciem, z wyznaniem – bo się spowiadamy bez świadomości tego, że jesteśmy w ramionach Boga Ojca.

My bardzo często Jezusa w ogóle nie czujemy. Bierzemy do ręki Pismo Święte i nic. Bo nie myślimy wówczas o tym, że Bóg nas bardzo kocha. Wyobraźmy sobie taką sytuację, że jesteśmy w towarzystwie. I ktoś pokazuje, Kim jest dla niego Pan Bóg, jaka jest jego relacja z Nim.  To towarzystwo jest takie różnorodne, są ludzie wierzący i niewierzący i nagle wchodzi Pan Jezus. Taki piękny, wymarzony przez nas. Oni patrzą na Niego jak na mężczyznę, a my przedstawiamy Go i mówimy: słuchajcie, to jest mój… Właśnie: KTO? Dopowiedzcie sobie teraz. KTO to jest? Mój sędzia? Kat? Ten, który mi cierpienia zsyła? Bo słowo „mój” pokazuje RELACJE. Mówimy: to jest mój mąż, to jest moja znajoma. O każdym potrafimy coś powiedzieć. A gdyby trzeba było Jezusa przedstawić? To jest MÓJ kto? I często bywa tak, że te wszystkie problemy, które mamy z sakramentem pokuty i z modlitwą i z naszym życiem wyrastają właśnie z tego, że my nie widzimy w Nim PRAWDZIWEGO Boga, i że się nudzimy na modlitwie – to pokazuje, że dla nas to nie jest PRAWDZIWY Jezus. Jeżeli nudzi nas adoracja Najświętszego  Sakramentu, mamy problem z Tym Sakramentem, nudzimy się na Mszy św., to spotykamy się z fałszywym Jezusem. Jeżeli boimy się spowiedzi, boimy się powiedzieć Mu prawdę – to coś jest nie tak z naszą relacją. Pamiętajcie, kochani, kiedy będziecie klękać przy kratkach konfesjonału, że tam czeka na Was Bóg, który jest Miłością. Tam czeka Ten, Który na nasze grzechy chce odpowiedzieć Miłością i powiedzieć najważniejsze słowa: Ja odpuszczam tobie grzechy i żeby te słowa mógł powiedzieć, to na Golgocie polała się Krew.