homilia piątek:

Gdybyśmy próbowali nadać tytuł dzisiejszemu pierwszemu czytaniu z Dziejów Apostolskich, to pewnie można by się posłużyć pięknym cytatem: „Niebo i ziemia przeminą, ale Słowa moje nie przeminą” (Łk 21, 23). Sprawa dotyczy tego, co zrobili Apostołowie – głosili Chrystusa Zmartwychwstałego. Arcykapłani – to były czytania z poprzednich dni tego tygodnia - zabraniają tego czynić, ale Apostołowie są nieustępliwi, dalej głoszą, aż wreszcie sprawa nabiera mocy, staje się taka bardzo zaogniona, i Gamaliel, uczony w Prawie, człowiek poważany przez lud, daje dobrą radę: mówi o tym, że takie przypadki miały już kiedyś miejsce, że pojawiali się fałszywi nauczyciele, ale jedna była reguła – kiedy umierał fałszywy nauczyciel, w taki czy inny sposób odchodził z tego świata, to po pewnym czasie jego nauka również ginęła. Mówi tak: jeżeli od ludzi pochodzi ta nauka Jezusowa, to zginie, tak, jak było wiele razy. Ale gdyby się okazało, że pochodzi od Boga, to walcząc z Apostołami, okazałoby się, że walczycie z samym Bogiem.

I tu jest pokazana, moi kochani, różnica, pomiędzy słowem ludzkim, które my wypowiadamy, a jeszcze bardziej słowem, które wypowiada dzisiaj świat, a Słowem pochodzącym od Pana Boga. Nasze słowa często są nic nie warte, czy niewiele warte. Słowa świata są często bałamutne i kłamliwe. A Słowo Boga trwa na wieki. „Niebo i ziemia przeminą, ale słowa Moje nie przeminą”.

Chcemy podczas tej naszej pierwszej konferencji na Mszy świętej zająć się na chwilę tym właśnie tematem. Tematem słuchania Bożego Słowa. Jak bardzo słowa są aktualne, jak bardzo dotyczą naszego życia, możemy się przekonać słuchając refrenu psalmu. Przed chwilą wszyscy powtarzaliśmy: „Jednego pragnę, mieszkać w domu Pana” (Ps 27, 26). Bardzo krótkie Słowo, ale niezmiernie treściwe. Bóg jest tak dobry, tak bardzo nas kocha, że zazwyczaj daje nam to, czego my pragniemy. To, czego pragniemy tak głęboko w naszych sercach. Pewnie zgodzicie się ze mną, że generalnie każdy człowiek ma w życiu to, czego pragnie. Ale to, czego naprawdę pragnie. Nie to, co sugeruje zewnętrznie, ale to, co jest pragnieniem jego serca. Jak ktoś chce być zły, to jest zły. Jak ktoś chce być dobry, a przez to niepopularny i cierpieć, to jest dobry. Pan Bóg jest tak dobry, że nam pozwala, że nam daje to, czego pragniemy. Jeżeli pragniemy tego, żeby mieszkać w domu Pana, to On nam to daje. My dzisiaj zostawiliśmy swoje sprawy, zostawiliśmy świat i jesteśmy tutaj, żeby właśnie pobyć z Bogiem. Po to, żeby ucieszyć się również Jego Słowem. Jakoś tak przyjęło się, i myślę, że to dość popularne przekonanie, że kiedy przychodzimy do kościoła na Mszę świętą, to przychodzimy po to, żeby się karmić Eucharystią. Już od dzieciństwa, od takiego etapu przygotowywania nas do komunii świętej, czyli pierwszego pełnego spotkania z Jezusem Eucharystycznym, wszyscy to wiemy: Pan Jezus w Eucharystii karmi nas swoim Ciałem i poi swoją Krwią. Co do tego nie mamy najmniejszych wątpliwości. Ale to nie jest jedyny pokarm, który podczas Mszy świętej Pan Bóg nam daje i to nie jest jedyny stół, do którego podczas każdej Eucharystii jesteśmy zapraszani. Każda Eucharystia jest spotkaniem przy dwóch stołach: przy stole eucharystycznym, to prawda, przy stole ofiary Jezusa Chrystusa; ale również jest to spotkanie przy stole Słowa Bożego, który jest bardzo, ale to bardzo obficie zastawiony dokładnie dla każdego człowieka. I kiedy mamy tę wielką łaskę, to jedno wielkie pragnienie, które dzisiaj ożywa w naszych sercach, żeby mieszkać w domu Pana, to korzystajmy jak najpełniej również z tego Słowa, które Bóg do nas kieruje. Słowa, które ma nieprawdopodobną moc.

Pewnie warto zwrócić uwagę w tym refrenie, również na to pierwsze Słowo: jednego. My często pragniemy wielu rzeczy, ale jest coś takiego najważniejszego w naszym życiu, tym doczesnym, a potem wiecznym – to jedno, to, żeby mieszkać w domu Pana. Co to znaczy? Żeby być blisko Niego, żeby z Nim obcować, żeby mieć z Nim relacje. Również, żeby słuchać tego, co On do nas mówi. Zauważcie kochani, gdy mieszkamy z kimś w jednym domu, jeżeli to jest normalna relacja, to my rozmawiamy. Bycie z kimś w jednym domu, siedzenie przy jednym stole, wręcz generuje taką potrzebę, żeby się do siebie odzywać, żeby wymieniać zdania. Różnie może być – możemy się ze sobą zgadzać, możemy się nie zgadzać, możemy się kłócić, ale rozmawiamy ze sobą, słyszymy swój głos nawzajem. Mieszkać w domu Pana to również znaczy słuchać tego, co Bóg ma nam do powiedzenia. W świecie, w którym żyjemy niezmiernie często jest problem z tym słuchaniem Słowa Bożego. Pewnie sami mamy takie doświadczenie, pewnie znamy takich ludzi, którzy twierdzą, że Bóg nie mówi. Że dawno byli prorocy, byli apostołowie, którzy chodzili z Panem Jezusem i jako Jego najbliżsi przyjaciele słuchali tego, co On mówi. No, wielka łaska, wielkie szczęście. My byśmy też tak chcieli Pana Boga po prostu usłyszeć, nagrać Go i potem puszczać, jak są trudne chwile. Głos Pana Boga. Niesamowita by to była rzecz. Zawsze na mnie wielkie wrażenie robi to czytanie, które pojawia się w Wielkim Poście, a zaczerpnięte jest z Księgi Proroka Izajasza. Pozwólcie, że podzielę się z Wami taką radością, którą za każdym razem przeżywam kiedy czytam te słowa: „Podobnie jak ulewa i śnieg spadają z nieba i tam nie powracają dopóki nie nawodnią ziemi i nie użyźnią jej tak, iż wyda nasienie dla siewcy i chleb dla jedzącego, tak Słowo, które wychodzi z moich ust nie wraca do mnie bezowocnie, zanim nie dokona wpierw tego, co chciałem i nie spełni pomyślnie swego posłannictwa”(Iż 55, 10-11). Ulewa i śnieg są wysyłane przez Pana Boga, mają określony cel do spełnienia i dopóki tego celu nie osiągną, nie wracają do nieba. I Bóg mówi: dokładnie tak samo jest z Moim Słowem. Jeżeli Bóg wypowiada do mnie Słowo, a ja tego Słowa nie chcę usłyszeć, zamykam przed tym Słowem swoje serce, to wtedy to Słowo czeka u bramy mojego serca, to Słowo nie ma prawa powrócić do Boga, dopóki nie spełni swojego posłannictwa.

W świecie nie tylko, że jest to Słowo obecne, ale w świecie rozbrzmiewa prawdziwa symfonia Słów, które nie zostały usłyszane przez człowieka. Słów, które nie dotarły do naszego serca, i nie spowodowały tego skutku, który Pan Bóg w swej miłości i nieskończonej mądrości względem nas zamierzył. Słów, które nie spełniły pomyślnie swojego posłannictwa. Nie można powiedzieć, że Bóg nie mówi. On mówi, tylko my Go chyba nie potrafimy usłyszeć. Zobaczcie, jakie to Słowo Boże jest niesamowicie pokorne. Ono nie krzyczy, ono nie nalega, po prostu czeka w kolejce. W tym zgiełku świata, w tym hałasie; jak rozmawialiśmy przy kolacji dzisiaj, że wszyscy żyjemy w takim świecie, który jest nieprawdopodobnie głośny. Zauważcie: mężczyźni kiedy się golą przy porannej toalecie: puszczają muzykę, gwiżdżą, śpiewają. Włączamy telewizor, włączamy radio, bez przerwy jakiś hałas, teraz jeszcze są zestawy głośnomówiące, więc jedziemy samochodem i rozmawiamy. W domu hałas, w pracy hałas, w szkole hałas, wszyscy czegoś od nas chcą. Żyjemy w takim hałasie, że to Słowo Boże nie ma najmniejszych szans, żeby się przebić, bo Ono jest bardzo pokorne, ono nie jest krzykliwe. Co ciekawe, to ci wszyscy, którzy byli przed Panem Jezusem, o których mowa w pierwszym czytaniu, osiągali popularność właśnie dzięki temu, że ich słowa przebijały się przez głos tego świata. I przeminęły. I po tych słowach nic nie pozostało. A Słowo Boże, ponieważ jest pokorne, ponieważ jest ciche i czeka cierpliwie kiedy zechcemy je usłyszeć, Ono właśnie trwa na wieki. I to Słowo, w gruncie rzeczy, jest jedynym słowem, które warto w naszym życiu rzeczywiście usłyszeć.

No i wreszcie piękna przypowieść o siewcy. Kiedyś głosiłem rekolekcje w takiej maleńkiej wiosce, gdzie w kościele siedzieli przede mną rolnicy, ludzie, po których widać było, że ciężko pracują. To były rekolekcje adwentowe i miałem zaplanowany zupełnie inny wstęp, zupełnie jakoś inaczej moje myśli biegły, ale kiedy popatrzyłem na tych ludzi, to sobie uświadomiłem, że ta właśnie przypowieść jest dla nich niezmiernie czytelna.

Aby ziarno zasiane w ziemi wydało owoc, to ta gleba musi być uprawiana. Kiedy uprawia się tę ziemię, kiedy robi się głęboką orkę - bo ta orka jest potrzebna kiedy ziemia jest zachwaszczona, kiedy jest jak nieużytek, leży długo - to gdyby ta ziemia potrafiła wołać, to ona wydawała by głos skargi. Ona nie chce rodzić, ona chce leżeć odłogiem. Zobaczcie, kiedy my mówimy: Panie Boże powiedz coś do mnie, to bardzo często ta moja dusza jest leżąca odłogiem. I kiedy ja próbuję coś z nią zrobić, przez rachunek sumienia, przez dobrą spowiedź, przez rekolekcje, tę głęboką orkę zrobić, zapuścić lemiesz, to ona się broni, mówi: zostaw mnie w spokoju! ja nie chcę słuchać! ja nie chcę wydawać owoców dobra! ja chcę leżeć odłogiem! chcę robić to, co robię do tej pory, czyli NIC! I kiedy patrzymy dzisiaj na ugór tego świata, jest taka ogromna obfitość tego Słowa, tego ziarna, które jest niesamowicie skuteczne i płodne, a zobaczcie jak niewiele owoców tego dobra na świecie się pojawia - to jest skarga ziemi, to jest taki bunt wewnętrzny, sprzeciw, opór. I ten opór znajduje bardzo wiele rozmaitych przejawów.

Chcę Wam przeczytać takie fragment kazania św. Jana, które wywołuje ból i żal. Św. Jan bardzo kochał swoich parafian. To była parafijka maleńka, była bardzo zapuszczona, ludzie nie chodzili do kościoła prawie wcale, początki Jego pracy były straszne. W wielu książkach opowiadających życie św. Jana pojawia się ten motyw, że kiedy przyszedł już do tej wsi, to taki poważany, bogaty i wpływowy człowiek powiedział: jak ksiądz będzie cicho siedział, to przeżyje; najlepiej niech się ksiądz w ogóle nie odzywa i nic nie robi, to będzie wszystko w porządku - bo my chcemy leżeć odłogiem, my nie chcemy wydawać owoców, my nie chcemy żadnej głębokiej orki, mamy tak przeciętnie jak wszędzie, tu nikt tak nie robi i daj sobie chłopie spokój. I św. Jan ze zwykłą prostotą przemawiał do tych ludzi, jego kazania były okupione wielkim trudem. Ja osobiście nie zgadzam się z tym przekonaniem bardzo popularnym, a bardzo krzywdzącym dla Niego, że to był człowiek przeciętnej inteligencji. W tej chwili ukazały się dwa tomy kazań św. Jana Marii Vianney’a i wierzcie mi Państwo, że jedno kazanie Proboszcza z Ars, w takim opracowaniu w jakim ono zostało spisane, a w ogromnej większości te kazania są spisane przez ojca Alfreda Monnina – jest to zakonnik, który słuchał tych kazań i spisywał co się tylko dało, jedno kazanie, to jest bogaty materiał na całe rekolekcje zamknięte. Tam jest tyle treści, nie takiej banalnej, ale Ojcowie Kościoła, przede wszystkim Pismo Święte – głębokie studium teologiczne. Ale Janowi naprawdę przychodziło to z wielkim trudem nie dlatego, że był tak intelektualnie słabym (choć geniuszem nie był, uczył się pisać, gdy miał 18 lat, to musimy zrozumieć taką sytuację). To było coś, co było przemodlone na kolanach, co było konsultowane z Panem Jezusem na adoracji Najświętszego Sakramentu. Mówiłem Wam przy kolacji – św. Jan klęczał przed Najświętszym Sakramentem, również tam powstawały te kazania. I On jedno kazanie niedzielne przygotowywał przez cały tydzień. I kiedy Jego parafianie przychodzili na Eucharystię niedzielną, to byli w kościele do momentu przeczytania Ewangelii. A po przeczytaniu Ewangelii wszyscy mężczyźni wychodzili z kościoła. Szli na piwo, albo na papierosa przed kościół. Jeden zostawał w drzwiach i kiedy Proboszcz kazanie skończył, to on resztę wołał: chopy! choćta! Jan tego nie mógł znieść nie z osobistych pobudek, że nie chcą słuchać Jego kazania, ale płakał i ubolewał nad tym, że Jego parafianie nie chcą słuchać Słowa Bożego. A wiara rodzi się ze słuchania. Nie ma innego sposobu. „Spodobało się Bogu przez głupstwo głoszenia Słowa zbawić wierzących” (1 Kor 1, 21). Wiecie, jak słowo jest ulotne. Dzisiaj ludzie nie dotrzymują słowa. Nawet umowa na piśmie nie zmienia tej materii, ale słowo ulatuje; ja je powiem, jego nie ma, a Bóg taki sposób wymyślił na zbawienie świata. I kiedy się nie słucha Słowa, to nie można być zbawionym. Jan bardzo nad tym ubolewał, że parafianie w ten sposób się zachowywali. Słuchajcie, co kiedyś do nich mówił, cytując zresztą św. Augustyna: Nie wiem, co jest gorsze: ulegać rozproszeniu podczas Mszy św., czy podczas kazania? Nie widzę żadnej różnicy. Jeśli ulegamy rozproszeniu podczas Mszy św., tracimy zasługi płynące z Męki i Śmierci Zbawiciela. A jeśli zdarza się nam to podczas słuchania kazań, tracimy samo Słowo. Św. Augustyn mówi, że to taka sama strata jakbyśmy wylali sobie pod nogi zawartość kielicha mszalnego po konsekracji. Wstrząsające słowa.

Otaczamy taką wielką czcią Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie – i słusznie; największa cześć z naszej strony ciągle będzie za mało wobec Jego majestatu. I Jego potęgi. Bóstwa zamkniętego w kawałku chleba i kropli wina. Bardzo dobrze, że tak robimy, ale Słowo Boże lekceważone przez nas, deptane to jest wielka tragedia. I gdybyśmy chcieli sobie powiedzieć, że dzisiaj jest lepiej, bo ludzie nie wychodzą z kościoła – to trochę tak. Ale z doświadczenia mojego i innych księży, zawsze na początku czytania Słowa Bożego w kościele coś się musi wydarzyć. Kiedy ludzie spóźniają się do kościoła, stają z boku lub z tyłu, żeby nie przeszkadzać. Jednak kiedy rozpoczyna się czytanie Słowa Bożego i wszyscy siadają, to rozpoczyna się szukanie miejsca, żeby usiąść. Takie osoby przeciskają się pomiędzy siedzącymi i rozpraszają ich uwagę – ktoś musi przesunąć torebkę, wziąć dziecko na kolana, podciągnąć nogi – to wszystko odrywa uwagę od czytanego Słowa. I nikt z nich nic nie usłyszy – kompletnie nic. To samo dotyczy osób śpiewających psalm, gdy zaśpiewają w sposób niezrozumiały. To jest psalm responsoryjny – my odpowiadamy na Słowa, które Bóg do nas powiedział. Gdy siadamy na początku czytania Słowa Bożego, to następuje pewne rozluźnienie w nas – siadam i czekam. A Pan Bóg nie pozwoli wrócić swemu Słowu, jeśli nie dokona w nas zmian.

My nie musimy zapamiętać tak dosłownie wszystkiego, co było powiedziane w tych czytaniach, to niejednokrotnie jest niewykonalne. Czytany tekst, na przykład jego początek, może być właśnie tą treścią, która dotyczy bezpośrednio spraw, które dziś przynosisz do kościoła i tak się na tym fragmencie zatrzymasz, że dalszej części tekstu już nie usłyszysz. Nie o to chodzi, żeby zapamiętać wszystko, ale dajmy Panu Bogu szansę przez swoje skupienie, aby COKOLWIEK do nas powiedział. On chce twoją duszę nakarmić tym właśnie Słowem. Pan Bóg wie wszystko o wszystkim, wie, gdzie nas boli i dlaczego. On chce, abyśmy Jego głos usłyszeli i przejęli się do głębi tym, co do nas mówi.

Podam Wam, kochani, parę cytatów z różnych konferencji, które słuchałem:

„Prawdziwe słowa nie są miłe, a miłe słowa nie są prawdziwe. Słowo Boże to nie balsam dla uszu, ale to młot. Kto nie ma dużo siniaków, nie powinien sądzić, że go to Słowo uderzyło (…) Głoszenie Słowa Bożego to sztuka, żeby skusić kogoś do dobrego”.

Kochani, zwróćcie uwagę, jak wspaniale dobrane są czytania i psalm na dzisiejszy dzień naszych rekolekcji. Jutro też czytania są genialne, w niedzielę także – zresztą, one zawsze są genialne. Mądrość czytań wybranych na dany dzień zadziwia – mamy wrażenie, jakby były one dobrane specjalnie do naszej sytuacji. Bóg daje światło, jeśli w Jego Słowie szukamy pocieszenia czy rady – i w danym tekście otrzymujemy odpowiedź. W tym samym tekście za rok zobaczymy co innego, adekwatnego do sytuacji, w której będziemy się wówczas znajdować. Jesteśmy najbogatsi, najbezpieczniejsi wtedy, gdy pozwalamy się prowadzić Słowu Bożemu.

„Jednego pragnę – mieszkać w domu Pana”.